Z tego co chłopaki powypisywali na swojej stronie internetowej wynika, że Lostbone powstało w 2005 roku, staż więc mają niewielki, ale podejścia do sprawy pozazdrościć może im już wielu brnących na podobnym etapie. Na portalach gdzie ich zrecenzowano, goście z plutonów egzekucyjnych ograniczali się do kilku słownych pierdnięć, że to produkcja dobra, że wokal jest najlepszy i że mają apetyt na więcej. Do cholery, przecież to promo, więc trzeba promować jak zasłuży, a Time To Rise bezwzględnie zasługuje, i to bez lizodupstwa.

Zaledwie trzy utwory i dwa razy więcej minut muzyki leci z Pory Na Powstanie, ale to i tak wystarczająca dawka, żeby należycie ją docenić. Kompozycje nie należą do przesadnie urozmaiconych, weźmy taki np. Time To Rise - nie wiem czego słuchają chłopaki, ale dla mnie gitara rytmiczna w tym kawałku to Whiplash aus Kill'Em All (to nie niespodzianka, połowa riffów w metalu jest stamtąd), a zwolnienia klimatem przypominają Pull The Plug z Trędowatej Death. Więc bardzo dobrze. Dalej - ku mojej radości - nie spuszcza się tutaj z tonu, i dostaję w dziąsło tym za co kocham Dying Fetus, tj. catchy deathem (Fuck It All). który po jeszcze lepszej produkcji mógłby spokojnie zagościć na ostatnim krążku Amerykanów. Na koniec czeka jeszcze niespodzianka, no normalnie uwierzyć nie mogłem, sorry chłopaki, skąd ten riff - Trivium? Children Of Bodom? ...In Flames? (za wesoło). Nie bijcie, tak to brzmi w uszach wiecznego malkontenta, a takich wierzcie mi jest najwięcej, i trzeba mieć czym im ryje pozapychać.

Nie mnie wmawiać Lostbone co dobre a co nie, osobiście wolałbym oglądać fotki z ich podróży po levelach nr 1 i 2. Nr 3 poddaję pod rozwagę. Poza tym, świetne promo, więc w tej kategorii osiem.

Megakruk